Rozmiar czcionki: Ab Ab Ab

Bursztynnik Bałtycki - pisanie z pasją

Zapraszamy w poetycką podróż po urokach Trójmiasta. Ulotne chwile, wrażenia, przeżycia związane z odwiedzaniem znanych miejsc – zamknęła w słowa nasza Seniorka, Pani Wiktoria Kryger, pseudonim Jurata. Tomik wierszy zatytułowała Bursztynnik Bałtycki. Skąd tytuł – wyjaśnia jej przyjaciółka, Pani Urszula Tomaszewicz-Piskozub:

„>Jurata< starała się uchwycić w swoich wierszach piękno i niezwykłość Trójmiasta: Gdyni, Sopotu i Gdańska. Uroda Gdyni leży w tym, że jest ona, podobnie jak miasta skandynawskie, i kameralna, i wielkomiejska. Do tego jeszcze otoczona piękną przyrodą. Te elementy stanowią o harmonii miasta. Sopot to serce Trójmiasta. Przenika go niepowtarzalna atmosfera nadmorskich wakacji. Cenimy go jako uzdrowisko i jako perłę secesji. Gdańsk to miasto starej architektury, której pięknym przykładem są kościoły. W nich to właśnie, w historycznym już dziś okresie, skupiała się działalność Solidarności. Tym najwspanialszym zabytkom polskiej kultury i chrześcijaństwa Autorka poświęciła wiele miejsca w swoich utworach.

Razem z Autorką podziwiamy Sopot, Gdańsk i pokochamy Gdynię – to są właśnie bursztyny naszej kultury.

Zamykający tomik wiersz Połów to metaforyczny apel do pochylenia się nad każdym człowiekiem i każdym źródłem piękna, by wartości te chronić dla siebie i uwieczniać dla ducha, dla przyszłości…”.

Wiersze z tomiku Bursztynnik Bałtycki będziemy prezentować w cyklu. Dziś dziesięć utworów z części pierwszej rozdziału Gdyńskie iluminacje.
 

Część I. Bryza nadmorska

Kształty

Gdynio – miłości moja –
pozwoliłaś wiatrom
wiać przez Ciebie w noce księżycowe
by rankiem – grudki bursztynu
rozwiane – spajać ze sobą
w kształty ludzkiego serca…

Płynąc
Nie jestem kronikarzem dni mojego miasta
odbijają się one w srebrnej łusce fali
i umykają w przeszłość i nowe nastają
a ja w nich się budzę w godzinie poranka
i wraz z nimi zasypiam w nocy lub przed świtem

Płynę, barką kierując
dni szukając własnych
jakby szlifów w obróbce
chropawej calizny

Orłowo
Światełka mojej Gdyni lśnią
jak akwarele
pana Antoniego Suchanka
w Orłowie
patrzącego na morze
z ławeczki jemu właśnie tam przeznaczonej

W ramach jego obrazów
zatrzymany został
złocisty werniks słońca
talizman rybaków

 

Pan Żeromski
Pan Stefan
Pisarz o ręce lekkiej
i ciężkim spojrzeniu
Ma w samym centrum Gdyni
swój skwerek zielony

Przygląda się i podziwia
zachodzące tu zmiany
Lecz woli nasłuchiwać – melodii
wiejącego wiatru od morza
Przy orłowskiej, żółtej od kutrów
przystani

Plaża
Moje sny
wylegują się czasem na plaży
w jej piasku toną, pod parasolem i w słońcu
Opalają się, marzą, przeciągają
do ludzi podchodzą, podglądają, gadają
częstują się
czasami tortem, częściej lodem

Nasycone
budzą się rankiem, na płachcie łóżka
płynąc
poprzez niemożność zagarnięcia w siebie
fal Bałtyku

Powroty
Dzieciństwo moje wrzucone
w czarną czeluść wojny
nagle poczęło wsiąkać
w złocisty piasek plaży
w ostrokrzewy pomykać kwitnące
na ścieżynkach wąskich
pnących się zboczami
Kamiennej Góry

Błękit zatoki łamał się nagle
w zoranych blokach bulwaru
te – rozrzucone rozszarpane – straszyły
jak wyszczerzone kły brytanów
A przez ich pyski biegł napis
minią czerwoną chlaśnięty – min niet!

Ale ptaki – podobnie jak ja – powracały z daleka
By odnawiać swoje gniazda

W górę
Przepływają przeze mnie
Ciepłe rzeki wspomnień
Lat i ulic gdyńskich
Pnących się wysoko
(maleńka dłoń wsunięta
pod ciepłe ramię matki
cudownie ocalonej z zawieruchy wojennej)

Tak wędrujemy obie
Do pań niebiańskich – krawcowych
Uliczkami pod górę
Leśną, Karpacką, Tatrzańską
Z ciasteczkami skromnymi
Prosto w walce uścisków

W cieniu
Jak wysoko rosły gdyńskie topole
W alei, którą chodziła jeszcze
Za młodu moja matka…
Teraz budzę się w smutku
Że ich już nie będzie
Lecz tuż obok żyje
Jachtowy basen, ciągle
Zmieniający się w barwach
Jak kiermasz dziecinnych zabawek

A nocą nad Zatoką
W feerię świateł zapatrzony
Pan Wiatr gubi swoje sandały

Tańczymy
Tańczymy
bo tańczyć się chce, kiedy jesień nadchodzi
pod gałązkami modrzewi – w alei – tej bliżej bulwaru

gdzie chłopcy – w południa – krzyczą, grając w piłkę
a szyszki – porankiem – spadają pod miękkie łapy psiaków
Tańczymy – jesienią –
w sukniach z sennych kolorów wybranych
magiczne zapinki w złocistych włosach
z różdżkami w rękach zabranymi wiosnom –

wiosnom młodości –
pachnącym jabłkami

Płatki czerni
To nie koniec jeszcze…
Wciąż płynie przeze mnie rój spraw, obrazów
twarzy i dotyków
uścisków ręki przyjaciół i obcych
a przecież byłam małą nutką – tylko –
w symfonii mojego miasta
chwilami ciałem, chwilami motylem
najczęściej jednak ptakiem jednoskrzydłym
poranionym przez wojnę
ze skrzydłem tym drugim – spalonym

c.d.n.

 

Wróć